niedziela, 16 września 2012

DeLonghi ESAM 2600 – mainstreamowe bum!

Najlepsza kawa? To kawa z profesjonalnego ekspresu, wypita w gustownym, przytulnym lokalu lub kawa podana o poranku, wprost do łóżka. Gdyby tak połączyć te dwa światy – najlepsza kawa stałaby się kawą idealną, prawda? Bum! To możliwe, kawa idealna wyszła z kręgu marzeń i wstąpiła pod domowe strzechy rodaków, wypływając codziennie z podwójnego dozownika ekspresu DeLonghi ESAM 2600 – niedawnego faworyta kawoszy–amatorów znad Wisły.

DeLonghi ESAM 2600 - kuszący wymalowanym na czarnej, plastikowej obudowie napisem „caffe corso” i startujący z cenowego pułapu 1000 złotych – to całkiem przyjemny, acz niezbyt wyrafinowany design, ustawne gabaryty, praktyczna, długa gwarancja producencka, spory pojemnik na wodę, migające kontrolki, regulacja mocy i ilości kawy, wbudowany młynek (także regulowany), poręczna dysza do spieniania mleka, niemożliwa do opisania przyjemność związana z oparzeniem dłoni wrzątkiem i dźwięk przypominający cofającą się śmieciarkę, towarzyszący każdorazowemu włączeniu czy wyłączeniu ekspresu. Ale to dopiero początek przygody!

To prawdziwe bum, to największe tąpnięcie pojawia się w chwili, gdy ekspres ciśnieniowy DeLonghi ESAM 2600 przestaje być jedynie dekoracyjnym i włączanym od przypadku do przypadku elementem wyposażenia kuchni, a zaczyna – przedmiotem wielokrotnego użytku codziennego.

Do hałasu pracującego niemiłosiernie głośno młynka można się przyzwyczaić - poranna kawa ma przecież budzić, a nikt dokładnie nie sprecyzował, czy ma to robić za pomącą wysokiej wartości kofeiny, czy za pośrednictwem przeszywającego zaspane uszy dźwięku roztrzaskiwanych ziaren! Tak samo zresztą, jak można się przyzwyczaić do tryskającego wrzątku czy producenckiego mitu o podgrzewaniu filiżanek. Na wszystko to warto przymknąć oko – przecież ekspresy ciśnieniowe DeLonghi to w gruncie rzeczy klasa średnia, mniejsze i większe „wpadki” zawsze mogą się zdarzyć. Ale czy absurdalnie niska temperatura kawy i niezbyt trwała piana to niedopatrzenie wybaczalne? Może ekspresy do kawy DeLonghi to klasa średnia, ale sprzęt wyceniony na minimum 1000 zł budzi nadzieje przynajmniej znośnej jakości.

W tym wypadku – znośna jest kawa: lekko chłodnawa, ale aromatyczna, „produkowana” w szybkim tempie, wytwarzana w prosty, intuicyjny, „domowy” sposób. Nieznośna jest awaryjność DeLonghi 2600! Okazuje się bowiem, że omawiany, wydający z siebie dźwięki przypominające turkot cofającej śmieciarki ekspres ciśnieniowy to jedna wielka usterka, a każdorazowa próba ubicia piany przypomina taniec sapera na polu minowym.


Sympatyczna i z pozoru poręczna, plastikowa „wajcha” spieniacza jest pierwszym elementem na liście części awaryjnych. Najpierw działa luźno, przyjemnie. Potem – jej praca staje się coraz bardziej oporna, aż wreszcie – zewnętrzny mechanizm pęka i wyłamuje się nieodwołalnie. Koniec latte. Co dalej? Powolne kap, kap, kap... znak tego, że nasz ekspres ciśnieniowy za tysiaka potrzebuje kuracji kosztownym (ok. 100 zł) środkiem odkamieniającym.

Środkiem pomocnym jedynie w początkowej fazie użytkowania, bo po kilku miesiącach codziennego przyrządzania kawy w ilości przekraczającej barierę cyfr i liczb – odkamienianie standardowe nic nie daje: napar kapie w tempie kulawego żółwia, a z plastikowej obudowy zaczyna wydobywać się dym. W tej chwili, instynkt samozachowawczy nakazuje zajrzeć do serca ekspresu – serca czyszczonego regularnie, pucowanego, dopieszczanego. Wszystko po to, żeby dowiedzieć się, że konserwacja standardowa jest jedynie powierzchownym odkurzaniem DeLonghi ESAM 2600, a wewnętrzny mechanizm potrzebuje (w wersji optymistycznej) namaczania lub (w wersji realnie pesymistycznej) – wizyty w serwisie.

Niestety, DeLonghi ESAM 2600 zawodzi na całej linii. Owszem, kawa idealna – czyli profesjonalne espresso podane wprost do domowego łóżka – jest w tym wypadku wykonalna. Sęk w tym, że takie cuda z DeLonghi ESAM 2600 zdarzają się jedynie na początku użytkowania lub przy użytkowaniu incydentalnym. Potem jest tylko dużo pary, jeszcze więcej dymu i wielkie bum komponujące się z dźwiękiem wspomnianej wielokrotnie, wdrążającej się w receptory słuchu cofającej śmieciarki.

Owszem, wypunktowane wyżej wady to często wynik braku ostrożności czy zaniedbań użytkownika sprzętu. Z drugiej jednak strony, domowe ekspresy ciśnieniowe, ekspresy do kawy dla „statystycznego Kowalskiego” (DeLonghi ESAM 2600 na pewno nie sprawdzi się w biurze czy w gastronomii) za co najmniej 1000 złotych powinny być bardziej funkcjonalne i mniej problematyczne. Albo... zdecydowanie tańsze. Cóż, wychodzi więc na to, że najdroższy w tej inwestycji jest wspomniany wcześniej, wymalowany białą farbą na czarnym plastiku napis „caffe corso”, usytuowany w dumnej bliskości do znaczka DeLonghi...

2 komentarze:

  1. co za idiotyczny artykul, uzywales ty czlowieku kiedys tego modelu chociaz ze piszesz takie glupoty??? NNie masz pojecia o czym piszesz.
    Kto ci za to placi? konkurencja? Krups czy Siemens?

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj tam. Autor nigdy nie miał tego ekspresu, widać że nie potrafi ubić pianki itp.. Mam ten ekspres od 2009 roku i działa wyśmienicie, pianka jest idealnie ubita a kawa gorąca. Są DWA rodzaje tego ekspresu a teraz od 2013 nawet trzy. Najnowszy ma przycisk EKO. Ten środkowy ma inny - CICHSZY młynek. Największy hałas robi przełączanie trybów z pary na wodę - tu owszem potrafi głośno stuknąć.

    OdpowiedzUsuń